Miłość czyni dobrym. Katarzyna Bonda

Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Miłość czyni dobrym - Katarzyna Bonda страница 19

Miłość czyni dobrym - Katarzyna Bonda Wiara, Nadzieja, Miłość

Скачать книгу

usta różową szminką. Nie łudziła się, że te zabiegi odejmą jej lat, ale przywracały pozory kontroli. To był zwykły rytuał, jak prysznic po intensywnej pracy w ogrodzie. Wygładziła koszulę, przypięła równo szelki i podtapirowała grzywkę. Marynarkę uszytą na wzór uniformów kasyna w Baden-Baden, gdzie przez trzy sezony pracowała jako krupierka, trzymała nonszalancko na ramieniu. Od dawna nie nosiła już kusych sukienek ani butów z sex shopu. Miała trzydzieści dziewięć lat i zmarszczki wokół oczu, kiedy się uśmiechała. Lubiła ten moment, kiedy podrywający ją mężczyźni orientowali się nagle, że będą musieli płacić za jej czas. Nigdy nie nazywała siebie prostytutką. Podobnie jak Yanek, który chełpił się, że handluje fałszywymi dokumentami i zna wszystkich paserów w mieście, za etykietę alfonsa wymierzyłby bluźniercy mocny cios w szczękę.

      Hol był pusty. Ostatni goście opuszczali restaurację, a kelnerki zakładały w drzwiach żółtą taśmę. Gertrud domyśliła się, że śniadanie się skończyło.

      – Kawa wchodzi w grę? – zwróciła się do konsjerża, który mógłby być jej synem, więc nie miała co liczyć, że ulegnie jej urokowi. Zresztą był tak zajęty układaniem ulotek na blacie, że aż wzdrygnął się, słysząc jej głos. Przyjęła więc ton matczyny, łagodny, z nutą delikatnej perswazji. – Mogłabym sobie usiąść tutaj, w lobby. Tylko jedno cappuccino.

      – Siedem marek. – Rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. – Chyba że weźmie pani na pokój?

      Gertrud podała numer Dietera.

      – I bułeczkę z adwokatem z czekoladową posypką. – Gertrud kuła żelazo, póki gorące. – Po drodze widziałam, jak kelnerzy wieźli pełen kosz do kuchni. Mogą być dwie albo i trzy. Jestem głodna jak wilk.

      Położyła na blacie banknot. Konsjerż zabrał go wprawnym ruchem. Wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił.

      – Sprawdzę, co da się zrobić.

      – Merci. Czekam koło palmy.

      Odwróciła się, by pokazać miejsce, gdzie mają dostarczyć jej kawę, i zamarła. Pod ścianą, niemal przy samym wejściu siedział przystojny blondyn w odblaskowym dresie. Składał właśnie płachtę „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i przywoływał Gertrud wzrokiem. W gardle momentalnie urosła jej gula, a ciało naprężyło się jak do skoku. Nagle poczuła się tak słaba, jak może się czuć jedynie osoba, która wie, że za chwilę ktoś będzie ją okładał, a ona nie ma sił, by się bronić, więc tym bardziej nie starczy jej woli, by uciec. Nie chciała podchodzić do Yanka ani z nim rozmawiać. Nigdy nie pojawiał się bez powodu. Zawsze miał jakiś kłopot do rozwiązania i to ona miała się nim zająć. Gertrud gardziła sobą, że daje się tak wykorzystywać. Była wściekła, że brat ją znalazł, i znów nie miała pojęcia, jak to zrobił. Pragnęłaby wymazać ten obraz, zniszczyć go. Udać, że go nie widzi, i iść do swojej palmy, wypić kawę, zaplanować w spokoju dzień. Ruszyła jednak w kierunku mężczyzny. Wykrzywił usta w tym swoim zimnym, chytrym grymasie, który tak dobrze znała. Tyle już razy brała go za przejaw sympatii, a przecież oznaczał jedynie satysfakcję, że kolejny raz siostra robi, co jej każe.

      – Jak leci? – zdobyła się na łagodny ton.

      – Słabo wyglądasz. Ciężka noc?

      – Za to ty jak zwykle kwitnąco – fuknęła wściekła. – Czego chcesz?

      Ugryzła się w język, bo przecież planowała się opierać. Nie powinna mu niczego ułatwiać. Nie miała żadnych pieniędzy, którymi mogłaby się podzielić. Niczego od niego nie chciała. Żadnych fantów, kradzionej biżuterii, lewych czeków, zrabowanych damskich torebek. Wciąż nie opyliła tej ze skóry jakiegoś gada z diamentami. Bała się ją nosić, bo była bardzo charakterystyczna, choć Yanek zapewniał, że to prezent, rzecz wyjątkowa i wiele warta, a skradziona gdzieś daleko we Włoszech, więc może używać jej bezpiecznie. Gertrud pragnęła jedynie, by Yanek usunął się z jej życia, zostawił ją w spokoju i nigdy nie wracał. A jednocześnie wiedziała, że nie umie, nie potrafi go porzucić. Był jej młodszym braciszkiem, którym powinna się opiekować. Obiecała to ojcu, kiedy konał jej na rękach po postrzale. Matka, która przecież niańczy teraz jej dziecko, wciąż sprawdzała, czy Gertrud wystarczająco troszczy się o małego Yanka. I nie dostrzegała, że dzielą go od Gertrud zaledwie trzy lata i że jest zwykłym przestępcą.

      – Upłynniłaś sikora?

      – Jeszcze nie – skłamała.

      Dieter obiecał, że jak tylko szwagier zrealizuje czek Daniela, zapłaci jej dziesięć tysięcy, ale nie zamierzała na razie informować o tym Yanka. Zorientowałby się, że fant był oryginalny, i wyrzekałby, że za mało wytargowała.

      – Jak Bruno? – przymilał się tymczasem Yanek.

      Znała jego metody na wylot, ale za każdym razem się nabierała.

      – Co cię to obchodzi?

      Brat nie byłby sobą, gdyby nie dostrzegł jej irytacji. Wciąż kpiąco się uśmiechał, a jego oczy były zimne, martwe, jak u wypchanego jelenia, który do dziś wisi w salonie ich rodzinnego domu w Essen. Im bardziej Gertrud była zdenerwowana, tym bardziej odprężał się Yanek. Zdawało się, że karmi się jej gniewem i lękiem. Zawsze kiedy ją postraszył, rzucał jej ochłap, udając dobroć.

      – Mama mówiła, że nie zadzwoniłaś, a Bruno w nocy wymiotował. Ale już jest w porządku. Nie ma powodu do obaw.

      Gertrud spokojnie przyjęła cios, nawet się nie skrzywiła. Wiedziała, że to dopiero początek. Grali w tę grę od przeszło trzydziestu lat.

      – Skoro jesteś takim dobrym wujkiem, mógłbyś pomóc.

      – Od kiedy to jestem niańką do dzieci?

      Gertrud przymknęła oczy. Otworzyła. Wdech – wydech. Wdech – wydech. Policzyła w myślach do siedmiu. Pomogło.

      – Ja też nią nie jestem. Masz jakiś problem, załatw go sam.

      Ruszyła do swojej palmy. Czuła, że kolana się pod nią uginają, a wzrok brata wypala dziurę w jej plecach, ale nie zatrzymywała się, choć z każdym krokiem nasilało się wrażenie, że za chwilę upadnie, zemdleje, uderzy twarzą o posadzkę.

      – Wiem, gdzie jest Gary – padło od niechcenia.

      Cios był celny, zadany precyzyjnie, godny najlepszego fechmistrza Nadrenii. Gertrud z trudem nad sobą zapanowała. Odwróciła się i to był błąd.

      – Nie obchodzi mnie to.

      Roześmiał się.

      – Siedzi w zakładzie psychiatrycznym pod Londynem.

      – Skąd wiesz?

      Yanek wzruszył ramionami.

      – Wszyscy wiedzą. Ponoć ma depresję. Dobrze udaje, bo odwołali proces.

      Kelnerka podeszła z kawą i ciastkiem. Gertrud odebrała od niej tacę i usiadła przy stoliku Yanka. Tak jak się spodziewała, wziął z jej talerzyka z takim trudem zdobytą bułeczkę i włożył sobie całą do ust, nawet na chwilę

Скачать книгу