Drapieżca. Александр Конторович
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Drapieżca - Александр Конторович страница 2
Dobra, jest mój dom. Nowoczesny, ale niezbyt wysoki, zaledwie pięć pięter. Mówią o nim, że to zaawansowany projekt. No myślę… za coś w końcu co miesiąc wpłacam Tar-Bankowi niemałą kasę. Winda działała, więc na swoje trzecie piętro wjechałem bez problemu. Otworzyłem drzwi, rzuciłem się na kanapę i wrzasnąłem: „Choleba i igrzysk!” Jestem przecież programistą… to więc od razu podkręciłem domową elektronikę jak trzeba. Kliknęło w głośnikach, włączył się telewizor. No, co my tu mamy nowego? Mój sprzęt jest mądry, wypasiony, to teraz poda mi najważniejsze wiadomości! Podał.
Przez pewien czas siedziałem otępiały, śmiejąc się głupio nie wiadomo z czego. Chociaż powodów do śmiechu nie było w ogóle. Żadnych. Głowa uparcie nie chciała dodać dwa do dwóch, wprost przeciwnie całkowicie odmawiała trzeźwo spojrzeć na to, co właśnie zobaczyłem.
Okazuje się, że przez cały ten czas, kiedy robiliśmy inwentaryzację – w mieście rozgrywały się jakieś straszne wydarzenia. Z niepojętego powodu zbudzili się stróże porządku prawnego, wszelkiego rodzaju, i ostro wzięli się za kierownictwo wielu instytucji i firm. Nas, to znaczy nasz holding, nawiasem mówiąc, ta lawina zawsze zaczepiała. Bardzo wielu wyższych menedżerów różnych przedsiębiorstw nagle się ulotniło – dobrze, że obecnym granicom daleko do przysłowiowej „żelaznej kurtyny”. W ślad za nimi zmyli się w ogóle wszyscy, po kolei. Biała gorączka czy co?
Okej, topy[1]. Ci zawsze mają coś za uszami. Współczesny biznes… jest taki, no czasami bywa skomplikowany. Nie od razu odróżnisz od niektórych przestępstw. Zwłaszcza podatkowych. Tam totalnie wszystko jest złe. Ludzie nie bez powodu żartują, że zabić to mniejsze ryzyko, niż nie płacić podatków, bo fakt morderstwa trzeba jeszcze udowodnić, a urząd skarbowy bez żadnych dowodów cichcem zablokuje twoje konto, a ty idź się tłumacz! W sumie, rozumiem topów i ich niechęć do zmiany przytulnego mieszkania na pryczę w areszcie śledczym. Tak to się obecnie nazywa? Czy może to nie u nas?
Ale reszta – no tych to gdzie poniosło? Księgowy – dobra, po szefie pierwszy kandydat do odsiadki. A co ze zwykłym inżynierem albo programistą – na chuj on komu? Policjanci powściekają się przez tydzień i kogoś demonstracyjnie zamkną. Wielkie rzeczy. Wszystkich przecież nie posadzą?
Wygląda na to, że mój optymizm podzielali daleko nie wszyscy. Z tych samych wiadomości wynikało, że gdzieś doszło nawet do strzelaniny! Ogólnie lotnik, kryj się… nie sądziłem, że zjawisko znane jako „nierówno pod sufitem" jest aż tak zaraźliwe! Stąd pouciekali już nawet zwykli obywatele; strzelanina za oknem to kiepska muzyczka pod zdrowy sen. Ratowali się różnie: samochodami po autostradzie, statkami z portu, nawet jakimiś autobusami ewakuacyjnymi.
I tak wszystko to trwało do obecnej chwili. Władze, jak zawsze, wystąpiły z uspokajającymi apelami, lecz sądząc z tego, co dzieje się na mieście, nikt ich szczególnie nie słuchał.
Generalnie, kiepskie żarty! Knajpa zamknięta albo na odwrót, otwarta. Sądząc po szarogęszących się tam indywiduach, dochodzę do wniosku, że jej personel nie miał z tym nic wspólnego. W telewizji kiedyś informowali, że takie typy w trudnych czasach właśnie rabowały wszelkie kawiarnie i sklepy. Wszystko na to wygląda!
Moment. A jak tam u nas z jedzeniem? Rewizja szafek i lodówki nie dostarczyła szczególnych powodów do radości. Kilka zupek instant, kasze wszelkiego rodzaju o łącznej wadze około trzech kilo, konserwy, kilka butelek whisky. I to wszystko. Zwykle jedzenie zamawiałem sobie na wynos, a tu trzymałem wyłącznie na tak zwany wszelki wypadek. Kilka prób zamówienia posiłku skończyło się w sposób łatwy do przewidzenia: nikt nie odebrał połączenia. Coś u nas z łącznością całkiem do bani. Zabieram większą torbę i idę do sklepu.
No tak, tylko ja taki mądry… Pierwszy sklep powitał mnie zamkniętymi drzwiami i mocno zasłoniętymi oknami. Dobrze, nie ostatni przecież! Niespodzianka! – i drugi zamknięty. Zbliżając się do trzeciego, słyszę jakiś hałas, krzyki. Zawracam za róg.
Ba-bach! Oż, kurwa mać! Padam na ziemię (jak zawsze radzą w telewizji) i się rozglądam – co tam?
Nic dobrego. Z rozbitej witryny jacyś srodzy faceci w kamuflażu wytaskują czyjeś zimne ciało. Trup jak nic, aż krew na asfalt kapie! Ci goście to na pewno siłowiki[2]! Karabiny, jednakowe mundury, walkie-talkie. Zdaje się, trzeba dać stąd nogę.
– Stać!
A to ciekawe, jak wykonać takie polecenie, kiedy próbujesz się czołgać? Na wszelki wypadek po prostu zamieram. Kto ich tam wie, może mają skrzywione poczucie humoru.
Tupot nóg. Lekko kopią mnie w bok.
– Wstawaj i ręce na widoku!
Pokazuję otwarte dłonie (proszę, prawie się nie trzęsą!), starając się robić to spokojnie.
– Co w torbie?
– Pusto. Szedłem po jedzenie, na zakupy.
Zdzierają mi torbę z ramienia i wywracają na lewą stronę.
– Dokumenty!
– Mam ze sobą tylko przepustkę.
– Dawaj!
Wyjmuję z kieszeni obłożony w przezroczysty plastik kartonik.
– Tak… Karasew Denis Wiktorowicz?
– We własnej osobie.
– Na foto… podobny. Gdzie mieszkasz?
– Aleja Modrzewiowa pięć. Mieszkanie piętnaście. Trzecie piętro.
Siłowik zwraca się do swoich towarzyszy. Ci przestali już oglądać zwłoki i bez pośpiechu idą do nas.
– Hej, dowódco, to jakiś miejscowy, mieszka obok. Po chlebek się wyszło, co?
– A ten co, całkiem z rozpaczy skretyniał?
Okrążają mnie, jeszcze raz zaglądają do torby, obmacują kieszenie.
– Rzeczywiście czysty! Skąd takie dupki wyłażą?
– A co się stało? – interesuję się ostrożnie.
– Skąd ty się wziąłeś, naiwniaku?
– Zapieprz mieliśmy… prawie przez tydzień nie wychodziliśmy z pracy, nawet tam spaliśmy!
Jeden z tych, co podeszli, sądząc po stosunku otoczenia, dowódca, uśmiecha się.
– Ogółem, totalna rozpierducha.
– Wojna?
– Na razie jeszcze nie, ale to nie znaczy, że nie nastąpi. Ludność cywilna spieprzyła niemal w komplecie. Dzisiaj zamknęli możliwość wyjazdu.
– A… co robić? Przecież w takim wypadku powinni nas wywieźć!
– Komu