Czerwony świt. Jędrzej Pasierski
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Czerwony świt - Jędrzej Pasierski страница 3
– To dlatego, że się interesujesz pieniędzmi – wtrąciła Karolina.
– Znam się na nich.
– Potejto, potato – odparła.
– I stąd wiem, że skarbówka to złodzieje. – Lutek podniósł głos, efektywna i ostateczna taktyka w rozmowie, zwłaszcza że głos miał tubalny i donośny. Jednocześnie oznaczało to, że nie da sobie przerwać.
– Ta rozmowa jest absurdalna – powiedziała Sara. – Lutek ma rację. Chodźmy.
– Gdzie? – zapytał retorycznie Paweł.
Czy można było zorganizować after party w lepszym miejscu niż dwupoziomowe, stuczterdziestometrowe mieszkanie z widokiem na pół Warszawy? Apartamentowiec Sary przy ulicy Markowskiej był budynkiem z ogromnymi oknami, estetycznie wykończonym brązową cegłą, co przyjemnie korespondowało ze starą architekturą Szmulowizny. Stanowił jedną z niewielu oddanych inwestycji na obszarze wielkiego placu budowy, w który zmienił się obecnie plac Konesera – a w szerszej skali cała Praga-Północ.
Sara nie zdążyła się całkiem przenieść do swojego nowego mieszkania, może dlatego, że nikt nie miał czasu jej pomagać: Paweł był zajęty w Lawendzie, Karolina, kiedy nie zajmowała się swoimi sprawami, pomagała mu w pracy, a Borewicz cierpliwie czekał na zaproszenie. Tymczasem ten apartament, penthouse w zasadzie, nadawał się już do zamieszkania.
Borewicz przez chwilę przechadzał się po przestronnych pomieszczeniach, po czym przystanął przed oknem. Po dziesiątej światło na zewnątrz zrobiło się ciemne i dziwne, jakby dolano do niego szkarłatu, a księżyc wyraźnie zaczął już przesłaniać słońce.
Za plecami słyszał dyskusję. Każdy miał coś do powiedzenia. Najwięcej oczywiście Lutek, który specjalnie nie przejmował się swoim gościem, za to mianował się samozwańczym dyrygentem imprezy. Zawsze zresztą tak się zachowywał. Gdziekolwiek szli, wyszukiwał znajomych, kolegował się z kelnerami i barmanami i nigdy nie przepuścił okazji, żeby poklepać kogoś po plecach, czasami sięgając aż do policzków.
Dzisiaj jednak okazał się przydatny; mimo że Sara podobno już spała w nowym mieszkaniu, nie miała w nim dobrego rozeznania. Jedynym skolonizowanym pomieszczeniem była sypialnia, a kuchnia okazała się żałośnie zaopatrzona jak na dom siostry zawodowego kucharza. Barek prezentował się niewiele lepiej.
Lutek zaproponował, że przyrządzi swoje legendarne frappé. Ale jeśli chcieli zdążyć na szczyt zaćmienia, musieli się pośpieszyć, dochodziło już wpół do jedenastej. Borewicz zgłosił się na jego pomocnika – wystawianie się na słońce wywoływało u niego migrenę. Przypuszczał, że zaćmienie nie ma na to wpływu.
– Dobra, my z Karoliną idziemy już na taras – powiedział Paweł.
– Dla mnie w moim kubku – poprosiła Sara.
Obsesyjnie pijała kawę tylko w tym jednym poszczerbionym naczyniu, prezencie od jednego z tabunu byłych chłopaków. W mieszkaniu mogło zabraknąć mebli, ale na pewno nie zabrakłoby kubka z owcą.
Borewicz z Lutkiem zabrali się do roboty, jednak lodówka Sary szybko wyjawiła swoje niedobory, w tym ten kluczowy, brak lodu. Musieli więc zrobić szybki wyskok do marketu, który wykiełkował na niedalekiej Białostockiej. A kiedy wrócili, dosypali do kubków gotowych kostek, postawili sześć frappé na prowizoryczną tackę z tektury i wyszli na taras.
Na zewnątrz czerwonobrązowa poświata zdominowała już warszawski krajobraz. Rozciągała się nad Pragą-Północ jak gigantyczna kopuła. Przez moment Borewicz podziwiał ten niepokojący widok. Zresztą nie tylko mieszkanie Sary robiło wrażenie, również taras był jednym z najlepszych, jakie widział w Warszawie. Co najmniej sto metrów kwadratowych i kapitalny widok na Pragę oraz Wisłę, sięgający aż do Starówki. Przy tym jednak dyskretne osłonięcie od świata, z jednej strony budynkiem, z drugiej wysoką szybą z mlecznego szkła. Tutaj żaden sąsiad nie zajrzy ci do majtek, no chyba że z drona.
– Udało się? – zapytała Karolina i sięgnęła po jedno z frappé, które postawili przy wejściu.
Borewicz zatrzymał na wargach cięty komentarz. Sam potrzebował kofeiny, bo aura wywoływała u niego pewne otępienie. Pociągnął długi łyk.
Sara słaniała się na nogach i czuła, że na powierzchni podtrzymuje ją tylko złość na przyjaciela. Jak śmiał kogoś tu sobie sprowadzać? W dodatku skądś znała tę myszowatą dziewczynę i nie mogła sobie przypomnieć skąd. I czy to był jakiś komunikat od Lutka, który powinna odczytać? Bardziej przypominało to jednak pijacką lekkomyślność i chęć przygód.
Paweł z Karoliną już od dwudziestu minut bawili się telefonem, a ona sama bezmyślnie zerkała na słońce, dopóki nie przypomniała sobie, że to niedobre dla wzroku. Nie mówiąc już o zmarszczkach pod oczami i przede wszystkim na czole. Miała dwadzieścia osiem lat, a tydzień wcześniej odbyła pierwszą rozmowę o botoksie.
– Lepiej wcześniej niż później – poinformowała ją kosmetolożka.
– Dlaczego? To robi jakąś różnicę?
– Pani nie. Ale mediom tak. Jak się pani spóźni, wszyscy zauważą.
Więc nie mogła wystawać na świetle, jednocześnie nie bardzo miała gdzie się skryć. A zamiast dumy, że jest właścicielką takiego wspaniałego tarasu, odczuwała wstyd, że nie jest zagospodarowany. Karolina podsunęła jej pomysł wyścielenia tych stu metrów sztuczną trawą. Czy to jednak nie będzie tandetne, niczym scenografia najtańszej telenoweli? O co jeszcze powinna w takim razie zadbać? Papierowe rośliny i krasnale ogrodowe? Plastikowy las?
Ten taras powinien być wizytówką mieszkania, pomyślała, a potem ucieszyła się, widząc, że szklane drzwi otwierają się i wychodzą zza nich Lutek z Bartkiem. A na tekturowej tacy brzęczą kubki z chłodną kawą. W tym jej własny, z owcą, który otrzymała lata temu od Marcina. Podeszła i podziękowała za kawę – ale tylko Borewiczowi, chcąc, by Lutek zrozumiał przesłanie.
Pociągnęła łyk, frappé smakowało niestety gorzko. Lutek zaczął jednak wykrzykiwać, jak to – z wielkim poświęceniem – musieli udać się do sklepu po lód, wymruczała więc jakiś mdły komplement.
Z kubkiem w dłoni odeszła na bok, chcąc przez moment pobyć sama, choć przez chwilę nie być obserwowaną. Oparła się o barierkę i pociągnęła kolejny, głębszy łyk. Zamknęła oczy, pozwalając, by ciepło rozlało jej się po czole i policzkach. Minęło już apogeum zaćmienia i światło zaczynało się rozjaśniać, jakby następował powtórny świt. Ostrzeżenia kosmetolożki Sara miała w tym momencie gdzieś.
Borewicz puścił muzykę z minigłośnika i chciała jeszcze potańczyć, nie wyżyła się w Koktajlu. Poruszyła biodrami, żeby wejść w rytm, ciało miała jednak jak z waty. Błyskawicznie ogarniała ją senność. I to jak! Poczuła, że jeśli za chwilę się nie położy, to już nie dotrze do kanapy, padnie na goły beton. Odeszła od barierki, niepewnym krokiem minęła oszklone drzwi i spoczęła na sofie. Kubek z owcą postawiła na podłodze, a lewą rękę oparła sobie na brzuchu.
Zamknęła