Człowiek Nad Morzem. Jack Benton
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Człowiek Nad Morzem - Jack Benton страница 3
W niedzielę Slim postanowił przejechać się na plażę Teda. Na starej mapie okolicy, kupionej w antykwariacie, miejsce to nie miało żadnej nazwy. Była to wąska zatoczka z klifami tworzącymi bryłowate cyple po każdej stronie. Okalała ona Morze Irlandzkie niczym dłonie olbrzyma. Podczas przypływu plaża była skalistym półkolem, natomiast w trakcie odpływu zmieniała się śliczne pole szaro-brązowego piasku wyłożonego przed morskimi falami.
Był piękny październikowy dzień. Na miejscu była jedynie garstka osób wyprowadzających psy na spacer oraz rodzina wdrapująca się na kamieniste zatoczki. Slim wędrował sobie wzdłuż linii brzegowej. Morze szumiało spokojnie. Tak spokojnie, że mężczyzna nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz doświadczył takiego zjawiska. Zerknął w kierunku południowego klifu, skąd zwykł obserwować Teda. Oszacował, z którego miejsca mógł ostatnio prowadzić oględziny, a jednocześnie gdzie mógł znajdować się obiekt jego śledztwa.
W tym miejscu nie było niczego, poza zwykłym piaskiem. Slim stał niemal centralnie pomiędzy kilkoma skałami po jednej stronie oraz pofalowanym piaskiem i skalnymi sadzawkami po drugiej. Mokry piach pod jego stopami kleił się do butów. Woda z kolei była szarą linią w oddali.
Już miał zbierać się do powrotu, gdy nagle krzyknął do niego mężczyzna z psem. Po piasku przebiegł terier Jack Russel, natomiast jego właściciel, łysiejący brodacz w grubej tweedowej wiatrówce, zakręcił smyczą niczym lassem.
- Ładnie tu, prawda?
- Chętnie bym popływał, gdyby było cieplej – przytaknął Slim.
Mężczyzna zatrzymał się i przechylił głowę. Zlustrował bystrymi oczami Slima z góry na dół.
- Nie jest pan stąd, prawda?
Slim wzruszył ramionami, co mogło oznaczać zarówno potwierdzenie, jak i zaprzeczenie.
- Mieszkam w Yatton. To kilka mil na wschód od Carnwell. My, wyspiarze, rzadko wypuszczamy się na wybrzeże – odparł.
- Znam Yatton. W soboty jest tam przyzwoity jarmark – brodacz zwrócił oczy ku morzu. – Jeśli będzie pan na tyle głupi, żeby wejść do wody, proszę uważać na prądy. Mogą zabić.
Powiedział to z taką pewnością, że po plecach Slima przebiegły dreszcze.
- Na pewno będę – odpowiedział. – I tak dziś jest za zimno na kąpiel.
- Tak jak codziennie – zauważył mężczyzna. – Chce pan popływać, to jedź pan do Francji. Do zobaczenia!
Pożegnawszy się, przyłożył dłoń do brwi. Slim obserwował jak brodacz oddalał się wzdłuż plaży. Pies cały czas biegał dookoła swojego właściciela i chlapał wodą z malutkich kałuż, pozostawionych przez przypływ. Mężczyzna czasem przeskakiwał przez większe z nich i nadal kręcił smyczą, jakby chciał złapać na nią czworonoga. Gdy pozostali spacerowicze zniknęli z zasięgu słuchu, Slima zaczęła ogarniać samotność. Wiatr zaczął się wzmagać, więc mężczyzna postanowił wracać do samochodu. Wyjeżdżając z parkingu na przybrzeżną drogę, zauważył coś leżącego w podszyciu zaraz przy skrzyżowaniu.
Zatrzymał auto, wysiadł i przystąpił do wyciągania przedmiotu spod krzaków. Otaczające go gałęzie jeżyny utrudniały zadanie, a ponadto zadrapały starą drewnianą powierzchnię.
Był to drogowskaz. Zgniły i wyblakły.
Na jego dolnej części widniał napis:
CRAMER COVE
Bezwzględny zakaz pływania
Niebezpieczne prądy
Slim oparł go o żywopłot, lecz chwilę później drogowskaz przewrócił się, upadając treścią do ziemi. Po chwili namysłu mężczyzna postanowił pozostawić go na miejscu i wrócił do samochodu.
Odjeżdżając krętą przybrzeżną drogą otoczoną dwoma pokaźnymi żywopłotami, wrócił myślami do słów napotkanego spacerowicza. Drogowskaz wyjaśniał, dlaczego zastał tylko kilka osób na plaży. Z drugiej strony, skoro był on powalony, informacja o prądach musiała być powszechnie znana miejscowym.
Znajomość nazwy plaży była dla niego jednak jakimkolwiek tropem.
3
Na poniedziałek umówił się z Emmą Douglas na przekazanie informacji o postępach w śledztwie.
- Jestem bliski przełomu – rzekł. – Potrzebuję jeszcze kilku tygodni.
Emma była przesadnie wystrojoną, lecz prostą kobietą. Była lekko po pięćdziesiątce. Zdjęła okulary i potarła oczy. Zaledwie kilka zmarszczek i niemal zero siwych włosów sugerowało, że poza znikającym na kilka godzin tygodniowo mężem, nie miała wiele prawdziwych zmartwień.
- Zna pan jej imię? To na pewno ta szmata z…
Slim uniósł dłoń. Jego wojskowy wzrok był nadal wystarczająco skuteczny, aby kobieta przerwała zdanie. Szybko jednak złagodził ten wizerunek uśmiechem.
- Najlepiej będzie, jeśli najpierw zbiorę wszystkie możliwe dowody – uspokoił ją. – Nie chciałbym rozmawiać o przypuszczeniach.
Emma wydawała się poddenerwowana, jednak po chwili przerwy przytaknęła.
- Rozumiem. Pan jednak też musi zrozumieć, jakie to dla mnie trudne.
- Proszę uwierzyć, że rozumiem – zapewnił Slim. – Moja żona zostawiła mnie dla rzeźnika.
I to właśnie przez zaatakowanie brzytwą niewłaściwego mężczyzny został zwolniony z wojska i dostał trzy lata w zawieszeniu. Na szczęście dla jego wolności, jak i twarzy jego ofiary, przez wypicie pół butelki whisky, podczas całego zdarzenia był tak celny jak ślepiec z opaską na oczach, tłukący się w ciemnościach.
- Rozumiem – dodał. – Chciałbym, żeby zrobiła pani coś dla mnie.
- Co takiego?
Wręczył jej mały plastikowy przedmiot.
- Gdy go widzę… ma na sobie wiatrówkę. Proszę owinąć to w jakąś szmatkę i wrzucić do jego kieszeni. Znam takie kurtki. Mają wiele kieszonek w wewnętrznej podszewce. Nie powinien niczego zauważyć.
Uniosła przedmiot i obróciła go.
- Przecież to pendrive…
- To tylko ma wyglądać na pendrive, w razie gdyby zostało znalezione. To zdalnie sterowana automatyczna pluskwa. Wojskowa.
- A jeśli będzie chciał podłączyć to coś do komputera?
- Nie podłączy.