Towarzysze Jehudy. Aleksander Dumas
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Towarzysze Jehudy - Aleksander Dumas страница 17
Mówimy o człowieku, który wszedł uzbrojony w masce do jadalni oberży w Awinionie i oddał Janowi Picotowi kiesę z dwustoma ludwikami, skradzionymi mu przez pomyłkę w przypuszczeniu, że są to pieniądze rządowe.
Widzieliśmy, jak zuchwały bandyta, który się przezwał Morganem, przybył do Awinionu konno, zamaskowany w biały dzień. Wchodząc do oberży "Palais Egalité", zostawił konia pod bramą. Znalazł go, odwiązał, dosiadł i wyjechał przez bramę d'Oulle, po czym puściwszy się galopem wzdłuż murów miasta, zniknął na drodze do Lugdunu. Ćwierć mili od Awinionu jeździec otulił się płaszczem, aby ukryć przed okiem przechodniów broń, zdjął maskę i wsunął do olster.Ci, których pozostawił w Awinionie wysoce zaintrygowanych co do osobistości strasznego Morgana, owego "postrachu Południa", mogliby się snadnie przekonać, gdyby znaleźli się obecnie na drodze z Awinionu do Bédarrides, czy wygląd bandyty odpowiadał strasznej o nim opinii.
Musimy przyznać, że wygląd bandyty zupełnie nie odpowiadałby tym wyobrażeniom, które wytworzyli sobie o nim. Istotnie, zobaczyliby bez maski twarz młodzieńca zaledwie 24 – 25 lat, twarz, którą ze względu na regularność rysów i słodycz wyrazu można by wziąć za twarz kobiecą. Jeden rys tylko nadawał wyrazowi twarzy charakter dziwnej stanowczości, a mianowicie piękne blond włosy rozwiane nad czołem i koło skroni, jak to było wówczas w modzie, oraz czarne jak heban brwi, oczy i rzęsy. Poza tym jego twarz, jak powiedzieliśmy, miała wyraz prawie kobiecy.
Składały się na nią dwoje małych uszu, których koniuszki zaledwie było widać spod bujnych włosów, nos prosty, doskonale proporcjonalny, trochę za duże usta, lecz różowe i zawsze uśmiechnięte, przecudne zęby, delikatny podbródek, z lekka niebieskawy, wskazujący na to, że gdyby nie był tak starannie golony, jego broda byłaby tego samego koloru co brwi i rzęsy. Dość wysoki wzrost, proporcjonalna figura dowodziły jeśli nie ogromnej siły fizycznej, to w każdym razie wielkiej zwinności i ruchliwości. Ze sposobu siedzenia na koniu można było wnioskować, że był to jeździec wytrawny.
Odrzuciwszy płaszcz na ramiona i nasunąwszy kapelusz na oczy, jeździec popędził konia i przeleciał przez Bédarrides galopem, dopadł do pierwszego z brzegu domu w Orange i wjechał w bramę, która natychmiast zamknęła się za nim. Czekał nań już jakiś człowiek, który przytrzymał konia. Jeździec zeskoczył na ziemię.
– Pan w domu? – zapytał służącego.
– Nie, panie baronie, musiał wyjechać dziś w nocy. Kazał mi powiedzieć, gdyby pan pytał, że wyjechał za interesami towarzystwa.
– Dobrze, Baptysto. Oddaję twemu panu konia zmęczonego, ale zdrowego. Dawaj mu przez kilka dni jęczmień zamiast owsa; zrobiliśmy od wczoraj rana około 40 mil.
– Czy pan baron jest z niego zadowolony?
– Bardzo. Czy karetka gotowa?
– Tak, panie baronie. Już zaprzężona stoi pod wozownią. Pocztylion pije z Julianem. Kazał przecież pan baron, aby usunąć go z domu pod jakim bądź pozorem.
– Czy będzie myślał, że wiezie twego pana?– Tak, panie baronie. Oto paszport mego pana, z którym wynajęliśmy konie na poczcie. A ponieważ mój pan odjechał z paszportem pana barona w kierunku Bordeaux, a pan baron jedzie w kierunku Genewy z paszportem mego pana, sądzę zatem, że zmylimy trop i tak zaplączemy wszystkie nici, że pani policja, chociaż bardzo zręczna, nie rozplącze ich.
– Odczep tłumoczek od siodła i podaj mi go.
Baptysta usłuchał, lecz o mało nie upuścił tłumoczka na ziemię.
– O! – zawołał, śmiejąc się. – Pan baron nie uprzedził mnie! Tam, do diabła! Zdaje mi się, że pan baron nie zmarnował czasu.
– Otóż właśnie mylisz się, Baptysto. Straciłem dużo czasu i dlatego chciałbym zaraz wyjechać.
– Bez śniadania?
– Zjem cokolwiek, byle prędko.
– Nie spóźni się pan: druga po południu, a od dziesiątej rano czekam już ze śniadaniem; całe szczęście, że z zimnym.
Baptysta począł robić honory domu, wskazując gościowi drogę do jadalni.
– Nie trudź się; znam drogę. Zajmij się karetką; niech stoi pod podjazdem; drzwiczki niech będą otwarte, abym mógł wsiąść tak szybko, żeby mnie nie widział pocztylion. A oto zapłata za pierwszy dystans.
Mówiąc to nieznajomy, tytułowany baronem, wręczył Baptyście paczkę asygnat.
– Ależ, panie. Tymi pieniędzmi można by opłacić drogę aż do Lugdunu.
– Zapłać tylko do Valence, pod pozorem, że chcę spać. Resztę weź sobie za fatygę.
– Czy tłumoczek mam włożyć do kufra karetki?
– Nie, sam go włożę.
Biorąc walizkę z rąk służącego, jak gdyby nic nie ważyła, nieznajomy skierował się do jadalni; Baptysta zaś udał się do sąsiedniej oberży, porządkując asygnaty. Droga do jadalni, jak zaznaczył nieznajomy, była mu dobrze znana. Poszedł korytarzem, otworzył bez wahania pierwsze drzwi, potem następne, za którymi dojrzał nakryty stół. Kurczęta, dwie kuropatwy, zimna szynka, kilka gatunków serów i dwie butelki wina składały się na śniadanie, które, jak można było sądzić z jednego nakrycia miało zaspokoić głód jednej osoby, a mogło wystarczyć na trzech i czterech. Wszedłszy do jadalni młody człowiek skierował się do lustra, zdjął kapelusz, przyczesał włosy małym grzebykiem; potem podszedł do małego basenu z fontanną, umoczył w wodzie serwetkę i umył ręce.
Dokonawszy toalety – staranność z jaką to robił wskazywała, że był człowiekiem przywykłym do elegancji – nieznajomy zasiadł do stołu. W kilka minut zaspokoił głód, który ze względu na zmęczenie i młodość był dość dotkliwy. Gdy Baptysta przyszedł, żeby oznajmić, że karetka gotowa, nieznajomy był już gotów do drogi.
Nasunąwszy kapelusz na oczy i zasłoniwszy się szczelnie płaszczem nieznajomy, z walizką pod pachą, wskoczył do karetki tak szybko, że pocztylion nie zdążył go zobaczyć. Baptysta zatrzasnął drzwiczki i zwracając się do woźnicy w długich butach rzekł:
– Zapłacone aż do Valence. Wszak tak?
– Wszystko. Czy mam dać pokwitowanie?
– Nie trzeba. Ale pan markiz de Ribier, mój pan, chce, aby go nie budzono aż do Valence.
– Dobrze – odparł pocztylion. – Nie będziem niepokoili obywatela markiza. Jazda!
I zaciął konie, trzaskając z bata z brawurą, która zdawała się mówić: "Ej tam, ostrożnie!
Wiozę człowieka, który płaci suto i który ma prawo przejeżdżać innych".
Markiz de Ribier opuścił okno, zasunął firanki, podniósł siedzenie i ukrył pod nim swą walizkę, po czym siadł, otuliwszy się płaszczem, i zasnął z takim samym młodzieńczym rozmachem, z jakim zjadł śniadanie.
Drogę od Orange do Valence przejechali w osiem godzin; przed