Wyprawa Gniewomira. Piotr Skupnik
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Wyprawa Gniewomira - Piotr Skupnik страница 3
Gdy wreszcie nastała noc, poszedłem do żony. Legliśmy w łożu i szybko skonsumowaliśmy nasze małżeństwo. Potem długo leżeliśmy spleceni ze sobą, wsłuchując się w skrzypienie drewnianych desek stanowiących wzmocnienie dachu gospody.
Welewitka zdradziła mi później, że tamtej nocy śniła o rodzinnych stronach. Ja również śniłem wówczas o Egilsgardzie z dziecięcych lat.
Książę Bolesław przyjął mnie w połowie stycznia, roku pańskiego 1001. Popołudniową porą zostałem wezwany przed jego oblicze do sali audiencyjnej. Powiedli mnie tam dwaj ponurzy wojowie, którzy o dziwo nie odebrali mi broni. Zerkali tylko podejrzliwie na mój miecz oraz na ogromny młot bojowy, należący niegdyś do budzącego postrach Elfhelma Smoczego Łba.
Najpierw wprowadzili mnie do wąskiego przedsionka i jeszcze raz dokładnie przeszukali. Następnie przekroczyłem próg książęcej hali. Wszedłem przez rozwarte drzwi do obszernej i zadymionej izby, oświetlonej trzydziestoma pochodniami, które umocowano w ścianach obwieszonych przeróżnymi rodzajami broni: mieczami, toporami, włóczniami oraz tarczami. W ogromnym palenisku buchał ogień i trzaskały płonące polana.
Książę siedział na wysokim tronie, wyściełanym miękkimi skórami. Odziany był w szary płaszcz z wilczego futra. Na kolanach trzymał miecz schowany w pochwie zdobionej klejnotami. Spoglądał na mnie swym przenikliwym wzrokiem, uśmiechając się lekko. Jego rozpuszczone ciemnobrązowe włosy opadały swobodnie na ramiona. Długa broda, zapleciona była w warkoczyk na normańską modłę.
Podszedłem do niego i pokłoniłem się, mówiąc:
− Witaj, panie.
− Witaj, Gniewomirze – odparł. – Widzę, że powaliłeś swego wroga.
− Tak. Zdołałem pokonać Elfhelma Smoczego Łba. Jego młot przyniosłem w darze dla ciebie, panie.
Bolesław oparł swój miecz o krzesło i wstał. Podszedł do mnie i chwycił oburącz młot bojowy. Zamachnął się nim tak gwałtownie, iż musiałem nieco odskoczyć. Następnie zważył go w prawej dłoni i uniósł w górę. Długo mu się przypatrywał, po czym rzekł:
− To wspaniała broń. Każdy władca chciałby ją mieć w swojej kolekcji. Ja jednakże nie zwykłem odbierać oręża tym, którzy mi dobrze służą. Zdobyłeś go w walce, więc jest twój.
− Wielkie dzięki, mój panie – odparłem, nie skrywając radości.
Książę zwrócił mi młot, po czym wrócił na swój tron. Sięgnął po miecz i znów położył go na kolanach.
− Prawda li to, że król Norwegii utonął? – spytał.
− Tak. Byłem przy tym. Olaf Tryggvason dzielnie walczył, lecz kiedy chciał przeskoczyć na inny okręt, wpadł do wody i ciężar zbroi pociągnął go na dno.
− Szkoda. Tak wielki wojownik zasłużył na godną śmierć.
− Cóż, panie. Nie musiał tonąć. Gdyby pozostał na pokładzie swej ogromnej łodzi, to najpewniej zginąłby w boju, jak prawdziwy Wiking.
− Przynajmniej w północnych krainach nastanie teraz spokój. Swen Widłobrody urósł w potęgę i nie dopuści do szerzenia się buntów. W Norwegii rządzi podległy mu jarl, a szwedzki władca Olaf Skotkonung jest jeszcze młody i niedoświadczony.
− Masz słuszność, panie, lecz zawsze znajdzie się zuchwały wódz, który zechce uprawiać viking, nie zważając na sojusze, zawarte przez królów i książąt.
− Wiem. Dlatego właśnie potrzebuję ciebie.
− Rozkazuj, panie.
Nim Bolesław zdążył odpowiedzieć, zaskrzypiały drzwi.
Odwróciłem się odruchowo i ujrzałem chłopca, który wszedł do izby. Wyrostek odziany był w obszerny kubrak i grube, wełniane spodnie. Jego lekko uśmiechnięta twarz wyglądała znajomo. Skołtunione i tłuste włosy również przypominały mi kogoś. W mig pojąłem, że jest to Dobrogost, z którym rozmawiałem zeszłej zimy.
Sługa trzymał w dłoniach zrolowany zwój pergaminu, obwiązany starannie rzemieniem.
− Wasza Książęca Mość, dokument gotowy – oznajmił młodzian.
− W samą porę Dobrogoście, podejdź.
Posłuszny paź przybliżył się do swego władcy i przekazał mu pismo.
− Możesz odejść – odprawił go książę.
Dobrogost skłonił się nisko i wyszedł. Kiedy mnie mijał, uśmiechnął się szerzej. Najwidoczniej on również mnie rozpoznał.
Po wyjściu sługi w izbie nastała cisza. Mieszkowy syn rozsupłał rzemień i rozwinął rulon. Czytał dokument przez dłuższą chwilę, po czym starannie zwinął pergamin i ponownie obwiązał go rzemieniem. Następnie skupił wzrok na mnie i oznajmił.
− Wypełniłeś zadanie, które ci zleciłem. Dobrze wspierałeś Swena Widłobrodego − młot Smoczego Łba w twej dłoni jest na to dowodem. Ponadto, skorzystałeś z moich zaleceń i ochrzciłeś się. Nadszedł więc czas, aby cię wynagrodzić.
Bolesław przerwał na chwilę, by podkreślić wagę swych słów. Wkrótce jednak przemówił ponownie:
− Moim życzeniem jest, abyś mi służył. Otrzymałeś właśnie w darze sporą połać ziemi, leżącej nad morskim brzegiem. Miejsce to znajduje się w połowie drogi pomiędzy Kołobrzegiem a Gdańskiem. Zbudujesz tam osadę, w której zamieszkasz. Będziesz roztaczał opiekę nad kilkoma wsiami i pobierał daniny w naturze z plonów i trzody oraz rozmaitego rzemiosła. Będziesz polował w lasach i wycinał drzewa. Masz bowiem prawo do czerpania zysków z handlu drewnem. Zbudujesz także solidną łódź bojową, którą obsadzisz bitną załogą. Ponadto wiedz, iż na okres dziesięciu lat zwolniłem cię z obowiązku płacenia danin na rzecz książęcego skarbca.
Książę ponownie zamilkł aby ocenić, czy dotarły do mnie jego słowa. Kiedy pochyliłem głowę w lekkim ukłonie, kontynuował.
− W zamian za tak hojne nadania będziesz służył mi zbrojnie. W przeciągu dwóch lat wystawisz bitną drużynę, liczącą co najmniej stu wojów. Będziesz zwalczał morskich rozbójników i krwiożerczych Bałtów, którzy nadal uparcie tkwią w pogaństwie. Czy zgadzasz się z moją wolą?
− Oczywiście, panie. Dziękuję.
Syn Dobrawy ponownie odłożył miecz. Wstał ze swego stolca i podszedł do mnie. Następnie włożył mi w dłoń pismo, mówiąc:
− Tu jest zapisane wszystko, com rzekł. Dokument jest opatrzony moją pieczęcią, którą każdy piśmienny człek rozpozna. Byłoby dobrze, gdybyś i ty nauczył się czytać.
− Pomyślę o tym, panie – odparłem. – Będzie mi towarzyszył ksiądz