Kajtuś Czarodziej. Janusz Korczak
Чтение книги онлайн.
Читать онлайн книгу Kajtuś Czarodziej - Janusz Korczak страница 17
– Pierwszy raz w życiu. Jak jaka pijaczka. Ludzie się śmieją. Taki wstyd! Dwadzieścia lat handluję. Lato nie lato, zima nie zima. Pierwszy raz – taka hańba.
Mało się nie rozpłacze.
Żal się Kajtusiowi zrobiło. Pożałował starą.
Kazał koledze pilnować, żeby kto jabłek nie ruszał, a sam zbiera rozsypane.
– Dziękuję ci, chłopczyno, dziękuję, kochanie. Masz, weź za dobroć jabłuszko.
I wtyka mu w rękę jabłko, ale robaczywe.
Kolega żartuje, a Kajtuś zły.
„Bardzo mi było potrzeba ze starą zaczynać?”
Aż doczekał się czaru, ale już stałego. Co wieczór się powtarzało. Pożytku nie tak znów wiele; ale ważny dowód, że siłę czarodziejską naprawdę Kajtuś posiada.
Zaczęło się późnym wieczorem.
W domu.
Wśród ciszy.
Leży Kajtuś w łóżku i zasnąć nie może.
Słyszy oddechy śpiących rodziców i babci.
Nie boi się, ale przykro jednemu nie spać. Samotny czuje się człowiek w ciemności.
Nagle zaskrzypi podłoga, jakby ktoś chodził. Coś stuknie w szafie czy za szafą, jakby ktoś się skradał.
Aż nareszcie jeść mu się zachciało.
„Gdyby tak pod poduszką tabliczka czekolady albo coś innego”.
Nic więcej nie pomyślał. Jeżeli dodał jakiś wyraz, to chyba zapomniał.
I zaraz usłyszał szelest; jakby pod poduszką mysz zachrobotała.
Sięga ręką: jest!
Torebka. Nie od razu otworzył. Bo po co się śpieszyć? Tylko palcami namacał: zgaduje.
Aż śmiało klamerkę odgina.
Wysypał na rękę: dziewięć czekoladek nadziewanych, dziewięć rodzynek dużych i dziewięć migdałów.
Przeliczył. Jeść czy nie?
Spróbował.
Słodkie, smaczne. Nie różnią się od zwyczajnych, które sprzedają w sklepach.
– Dlaczego dziewięć?
Zjadł wszystkiego po osiem, a resztę obejrzy rano. Papier torebki wydał mu się sztywny.
Chce schować do kieszeni, bo pod poduszką się czekolada roztopi. Więc siada i sięga po spodnie. A krzesło stuknęło.
– To ty, Antoś? – obudziła się babcia.
– Ja.
– Dlaczego nie śpisz jeszcze?
– Spałem.
A rano nic w kieszeni nie było.
I tak co wieczór: czekoladki, rodzynki, migdały.
Wypróbował, że nietrujące. Chce poczęstować. Zostawił trzy. Mówi:
– Niech będą. Niech nie zginą.
I są. Nie zginęły. Częstuje.
– Skąd masz? – pyta się mama.
– Kolega dał.
– Jedz sam.
– Jadłem. Zęby mnie bolą.
Nieprzyjemnie kłamać; ale co robić.
Inny czar udał się i nie udał.
Bardzo chciał mieć zegarek.
Już wiele razy myślał, żeby zamiast torebki coś pożytecznego. Ale bał się popsuć pośpiechem.
Aż doczekał się. Znów wszyscy spali.
Powiedział jakieś wyrazy egipskie czy arabskie. Powiedział zaklęcie i…
– Zamiast przysmaków niech będzie…
Zaraz znajomy szmer pod poduszką i ciche tykanie zegarka.
Słyszy. Ręką sięga. Roześmiał się.
– O, jaki hojny.
I zegarek, i torebka też pod poduszką.
– Antoś, ty się śmiejesz?
– Ja. Takie śmieszne mi się przyśniło.
Babcia zadowolona, że nie jęczy ze snu, nie zgrzyta zębami. Więcej nie pytała.
A rano zegarka nie było.
Próbuje i tak, i owak przez kilka wieczorów, ale już tylko słodycze.
A może lepiej się stało.
Bo widzi, że nic, więc uspokoił się i prędzej zasypia.
A bardzo, bardzo już był zmęczony.
W domu zauważyli, że Kajtuś posmutniał, zmizerniał.
Stracił apetyt. Mało się bawi na podwórku. I śpi niespokojnie.
Dawniej pałaszował, że no. Chleb nie chleb, ser nie ser – kluski, kartofle, pierogi.
– Gdzie się to jedzenie podziewa w chłopaku? Je dobrze, a suchy jak szczapa.
Czytał babci gazetę, grał z ojcem w warcaby. Teraz nie je, wymawia się od wszystkiego: że go głowa boli.
– Pewnie chory. Trzeba doktora.
Zaniepokoił się Kajtuś.
Co będzie, gdy doktór pozna, że jest czarodziejem? Doktór zna łacinę, może dlatego uczą ich łaciny, żeby zamawiali choroby i odczyniali uroki martwym językiem37?
Ano: do doktora.
Opukał. Osłuchał. Obejrzał gardło. Kazał zęby leczyć u dentysty. Obejrzał oczy. Zważył. Powiedział, że blady, i krople zapisał. Powiedział, że Kajtuś rośnie.
Omylił się, nie poznał.
To trudne myśli nie dają Kajtusiowi spokoju, i jeść, i spać przeszkadzają.
No bo jest czarodziejem.
Długo nie wierzył. Teraz jest już pewien. Stało się, o czym marzył.
37